Komu oddać swoje życie - czyli rzecz o powołaniu.

      Komu oddać swoje życie - czyli rzecz o powołaniu.

  

     
Kiedy chcemy wyrazić nasze najwyższe uznanie dla gorliwego kapłana, lekarza oddanego swoim pacjentom, wymagającego, acz sprawiedliwego nauczyciela, sięgamy wówczas po komplement: To ksiądz (nauczyciel, lekarz) z powołania. Tytuł ten rezerwujemy (skądinąd nieściśle) tylko dla niektórych zawodów i funkcji w społeczeństwie. Osiągnięcie zawodowej biegłości w innych zawodach komplementujemy już inaczej. Powiadamy na przykład, że ktoś jest urodzonym kierowcą, albo, że ma „złote ręce”.

      Co zatem łączy księdza, nauczyciela i lekarza? Otóż praca przedstawicieli tych trzech grup społecznych polega na służbie człowiekowi w wymiarze daleko większym aniżeli dzieje się to w przypadku innych zawodów, również społecznie użytecznych, a nawet niezbędnych.

      Wiążąc możliwość rzetelnego spełniania zadań duszpasterza, lekarza i nauczyciela z powołaniem, podświadomie docieramy do jego istoty. Jest nią oddanie swego życia innym. Bo pytanie o powołanie można sformułować tak: „Dla kogo mam żyć?”. Człowiek musi mieć dla kogo żyć. Człowiek nie może uczynić z własnego życia powołania, bo z własnego życia nie narodzi się nowe życie. Człowiek to nie dżdżownica.

     
Nazwa tej szczególnej dyspozycji, o jakiej mówimy zawiera w sobie rdzeń „wołać”. Zarazem jednak jest to wołanie szczególnie intensywne i zaangażowane, o czym świadczy przedrostek „po”, wzmacniający poprzedzany czasownik. Skoro tak, rodzi się pytanie: Kim jest Ten, kto mnie woła?”. Człowiek nie może wołać samego siebie. To znaczy na upartego może, ostatecznie medycyna robi ciągłe postępy... Niemniej jednak do siebie samego mówi w Biblii głupiec: „Rzekł głupi w sercu swoim: nie ma Boga” (Ps 14,1). Do siebie samego mówi także niemądry gospodarz, któremu znacznie obrodziło pole (patrz Łk 12,20).

      Można zatem istotę powołania sformułować (jakkolwiek definicja ta będzie dalece niepełna) mniej więcej tak, że jest to oddanie swego życia Bogu (albo wyłączenie Jemu, albo Bogu w drugim człowieku) jako odpowiedź na usłyszane wezwanie Boże. Jak jednak rozeznać powołanie? Skąd wiadomo, że „to jest to?”

      Zacznijmy od takiej zdroworozsądkowej uwagi, że trzeba przede wszystkim chcieć rozeznać powołanie; trzeba zaangażować wolność i wolę. Przy czym trzeba to zrobić koniecznie. Jeśli bowiem my nie wybierzemy, to wybierze za nas życie. Wtedy jednak życie nie będzie nas cieszyło. Człowiek nie może cieszyć się życiem, jeżeli nie ma wpływu na życie. Było rzeczą interesującą zobaczyć, jaki procent szkolnych niepowodzeń trzeba by powiązać z faktem „przypadkowego”, nierozeznanego wyboru szkoły albo wyboru szkoły przez rodziców przy biernej „zgodzie” zainteresowanego czy zainteresowanej?

      Rozeznawanie powołania powinno dokonywać się w postawie szczerości. Dosyć częstym zjawiskiem jest nierealistyczna postawa: „najpierw poradzę sobie z moimi wadami, uporządkuję swoje sprawy z Panem Bogiem, potem zaś rozeznam powołanie”. Tego rodzaju postawa nie uwzględnia faktu, że słabość i grzeszność są niejako wpisane w logikę naszego życia, fundamentalnie dobrego, lecz zarazem zranionego przez grzech pierworodny. Toteż szukanie drogi życia dokonuje się pośród naszych słabości. Ostatecznie Swój głos Pan Bóg kieruje nie do aniołów, lecz do nas, ludzi - było nie było, grzesznych. I tu uwaga: nie da się rozeznać powołania w zakłamaniu przed sobą czy innymi ludźmi. Znakiem otwartości wobec wołającego Boga będzie otwartość przed Kościołem: rodzicami, spowiednikiem, kierownikiem duchowym.

      Wspomnieliśmy już, że nie można być szczęśliwym żyjąc życiem reżyserowanym przez kogoś innego. Toteż szukanie powołania domaga się „bólu samodzielności”. Ale i ofiarność swojego życia nie można ofiarować rzeczom. To znaczy można, pytanie tylko, czy akurat o to chodzi i co to jest za życie. Powołaniem człowieka może być tylko miłość. Kolejną przeszkodą do stanowczego unikania jest: lenistwo (zaznaczam to pro forma, nie wątpię bowiem, że brzydka ta wada jest z gruntu obca PT Czytelnikom Radości...). Zobaczmy, że dzisiaj ludzie przepracowują się z powodu lenistwa, bo nie chcą się zając tym, co jest najważniejsze – rozeznaniem powołania. Istotą powołania nie jest rola społeczna. Jezus wybrał Swoich uczniów do tego, aby „byli z nim!” (por. Mk 3,14). Proponuję ćwiczenie pomocnicze: chciejmy przyjrzeć się krytycznie naszym ideałom życia: ile tam jest bierności? („zrobię kasę, będę leżał pod palmami i duszkiem pił... sok pomarańczowy...”). Jest pewna żelazna zasada, która nie zna wyjątków: życie jest hojne wobec hojnych!

     
Ale i pokora wobec życia. Trzeba dostrzec, że jest Ktoś ponad naszym życiem, trzeba też uznać swoje braki: nie wszystko wiem, nie wszystko potrafię, wiele się jeszcze muszę nauczyć. Tu nie chodzi jednak o „dołowanie siebie”, lecz o przekraczanie swoich ograniczeń. Dokonuje się ono poprzez walkę z grzechem. Bo naszym najważniejszym powołaniem jest powołanie do życia w prawdzie.

      I na koniec uwaga zasadnicza: powołanie wymaga budowania relacji z Bogiem. Powołanie to nie jest zatracanie się w czymkolwiek. Bardzo dwuznacznie brzmią nekrologi czy mowy żałobne wygłaszane nad grobem: „Praca była dla niego wszystkim”; „Oddał się bez reszty budowaniu czegoś tam”. Powołanie jest utrzymywaniem więzi z innymi, jest dla innych.

 





O. Waldemar OFM






Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twój adres email:
Twoja wiadomość:

Reklama
 
 

Czekamy na wasze zaproszenia
 
 
 
jesteś 113412 odwiedzający (275756 wejścia) Zapraszamy ponownie
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=