Żeby się ludzie dziwili…

Żeby się ludzie dziwili…

 

Opowiadał nam kiedyś rusycysta (to był, Droga Młodzieży, pan uczący j. Rosyjskiego), jak to razu pewnego oprowadzał po Krakowie grupę turystów ze Związku Radzieckiego. Zaszli też na Bielany i tam, ze wzgórza, pan profesor wskazał Rosjanom widoczny klasztor Kamedułów. I tu zaczęły się schody, gdyż przybysze z Kraju Rad za żadne skarby nie byli w stanie zrozumieć sensu pobytu mnichów w Bielańskim eremie. Przybyszom z  ateistycznego kraju, wychowanym bez religijnych odniesień, nie ma się ostatecznie co dziwić. Dla nich Kameduli byli zwyczajnie nierobami.

Nie zdziwiłbym się, gdyby podobna sytuacja miała miejsce z grupą mniej czy bardziej młodych wycieczkowiczów, obywateli Polski, czy innego kraju Unii. Dawnymi czasy o sensowność życia zakonnego pytały dzieci, starsi bowiem jakoś sens ofiary czy wyrzeczenia wychwytywali, obojętnie czy do życia zakonnego podchodzili z podziwem czy też z uprzejmą obojętnością. Czasami zresztą podziw był ogromny. Opowiadał współbrat, jak to jego ciocia, zobaczywszy go w sandałach bez skarpet (był środek lata) zastygła w niemym podziwie dla heroiczności cnót mego kursowego kolegi.

Dzisiejsza kultura nie odrzuca wyrzeczenia, ofiary, rezygnacji. Ona wydaje się naprawdę nie rozumieć ich celowości ani zasadności. Od wysiłku się ucieka, bywa, że drastycznie, bo w narkotyk czy samobójstwo. Dziś aksjomatem jest, że nie może boleć, nic nie może być okupione wysiłkiem, z niczego nie trzeba rezygnować. Za takim myśleniem idzie obniżenie oczekiwań i wartości, windujące na piedestał przyjemność, rozrywkę. Proszę zwrócić uwagę, z jak śmiertelną powagą gwiazdeczki różnych teleturniejów  czy programów w rodzaju  Big Brothera czy Raju wygłaszają banały, ze trzeba być dobrym, trzeba być tolerancyjnym, itp. Rzecz jednak już nawet nie w tym, że plotą bzdury, ale w tym, że naprawdę wierzą w to, co mówią. Kobieta usunięta głosami telewidzów jako pierwsza z Big Brothera (pierwszej edycji) pełnym powagi głosem analizuje swą porażkę w pokoju zwierzeń. I zaczynam tęsknić za czasami, kiedy za mną, idącym w habicie, padały takie i owakie czułe słówka. Znaczyło to, że ich autorzy mieli do mnie u licha jakiś stosunek. Wprawdzie negatywny, ale jednak. Za to teraz coraz częściej wychwytuję tylko zdziwione spojrzenie, albo… niczego nie wychwytuje.

Życie konsekrowane, dążące mniej czy bardziej udatnie do realizowania Ewangelicznych rad ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, jest dziś moim zdaniem przede wszystkim sprzeciwem wobec antykultury płytkiego myślenia, odczuwania i wartościowania. Przez sam fakt publicznego deklarowania określonego stylu życia (bez względu na to, czy poszczególni konsekrowani pozostają mu wierni), już staje w opozycji do świata przyjemnostek, w którym poważnie dyskutuje się kto z kim, ile razy i po co oraz w jakiego koloru ubraniu. I swą rolę Niepokoiciela wypełnia jak najbardziej. Dowodzi tego wyraźnie świat np. reklamy, uporczywie sięgający po elementy życia konsekrowanego (klasztor, habit jako czynniki ściągające uwagę na konkretny towar. Także zainteresowanie świata mediów byłymi zakonnikami dowodzi tego, że świat zakonów nadal intryguje. Życie konsekrowane dziś ma chyba pokazać, że w ogóle istnieją problemy warte zgłębiania w zaciszu klauzury, że istnieją wartości warte każdej ofiary, także z własnej woli, z pomnażania majątku czy z aktualizowania swej seksualności, że się warto wysilać, zmagać ze sobą, czegoś sobie odmówić, czegoś nie mieć, przez jakiś czas, czy w ogóle. Ilekroć obwieszcza się z tryumfem, że pojedynczy konsekrowany czy cała wspólnota z którymś z ideałów się rozminęła, to przecież przyznaje się
bezwiedne, że te ideały są i że warto do nich dążyć.


Życie konsekrowane wybierają ludzie, którym o coś chodzi. Mówi się o nich: idealiści. Od siebie dodam: oby nieuleczalni. Nie są święci, nie są wybitnymi intelektualistami, choć i takich w jego szeregach nie brakuje. Ale o coś im chodzi. Są gotowi z czegoś zrezygnować. Jeśli kierowały nimi inne pobudki, długo miejsca nie zagrzeją, choć dziś zakonnicy nie śpią w trumnach, nie biczują się i nie poszczą co drugi dzień o chlebie i wodzie. I tak nie wytrzymają. Powiedzą, jak ludzie w świecie: To bez sensu. Rady Ewangeliczne ślubuje się po to, żeby ludzie pytali: Po co? Dlaczego?  Żeby ludzie się kłócili, żeby wykazywali, że takie życie nie ma sensu, że jest błędem. Żeby udowadniali, że celibat wywołuje nerwice, że posłuszeństwo ślubują ludzie życiowo niezaradni, a ubóstwo to rezygnacja z afirmacji człowieka. Tak jest właśnie po to. Bo ślubowanie Rad Ewangelicznych odbiera ludziom psychiczną wygodę uniformizacji: że wszyscy tak samo myślą, postępują, mają identyczne poglądy i opinie. Ludzi tak funkcjonujących życie konsekrowane wybija z ich błogostanu i denerwuje. Trzeba udowodnić, że tak żyć nie wypada, może nawet nie wolno, bo się człowiek nie rozwija, bo sobie robi krzywdę (z jakąż nieskrywaną nawet satysfakcją media donosiły o spadku powołań zakonnych; skąd to zadowolenie?). Nie inaczej było ze Zmartwychwstałym, który także denerwował faryzeuszy i wybitnie im przeszkadzał. Dokładnie dlatego Go zabili. On jednak Zmartwychwstał i zawsze będzie powoływał ludzi, by się starali, bardzo starali, żyć inaczej, lepiej, głębiej. Żeby się ze sobą zmagali i od siebie wymagali. Żeby się nie zgadzali z tym, co jest. Po to jest dziś – również – życie konsekrowane.

 

O. Waldemar Polczyk ofm






Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twój adres email:
Twoja wiadomość:

Reklama
 
 

Czekamy na wasze zaproszenia
 
 
 
jesteś 112475 odwiedzający (274041 wejścia) Zapraszamy ponownie
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=